10 rzeczy, o których nikt nie powie ci o mieszkaniu na “rajskiej wyspie”

Za czasów studenckich uwielbiałam czytać książki motywacyjne. Byłam wolna, młoda, optymistyczna i lubiłam marzyć o mojej świetlanej przyszłości.
Potem przyszło prawdziwe życie i nie było już czasu na bujanie w chmurach.
Ale doskonale pamiętam jeden poradnik. “4-godzinny tydzień pracy” utkwił mi w pamięci jako niedoścignione marzenie. F. Timothy roztacza w nim wizję bezstresowej pracy z hamaka na jakiejś rajskiej wyspie, w dodatku z drinkiem w ręku. Kto nie chciałby tak żyć?

Po wielu latach i kilku sporych zawirowaniach, kiedy okazało się, że przenosimy się na Jamajkę, od razu pomyślałam o tej książce. I już zacierałam ręce i witałam się z gąską. Moje wymarzone, idealne życie miało się właśnie urzeczywistnić!

Jednak, jak się domyślacie, moja wizja bardzo szybko zderzyła się z rzeczywistością. I nie było to zderzenie bezbolesne. Autor zapomniał bowiem wspomnieć, że oprócz leżenia w hamaku, słońca, palm i ciepłego klimatu będę się zmagać z:

1. Robalami
W tej chwili mogłabym już napisać książkę o insektach, bo nigdy wcześniej ani potem nie widziałam ich tak dużo i nie byłam zmuszona z nimi współegzystować. Od maleńkich mróweczek do gigantycznych karaluchów. Przez pierwsze miesiące wrzeszczałam za każdym razem, kiedy jakiś robal (wielkości myszy) przebiegł mi drogę lub wychylił swoje czułki z szafy. Ernesto przymusowo wcielił się w rolę mojego wybawcy z klapkiem w ręku. Jednak po jakimś czasie, choć robaki nadal mnie obrzydzają, nauczyłam się udawać, że ich nie widzę. Albo omijałam je szerokim łukiem, albo jeśli nie musiałam zrobić czegoś natychmiast, zamykałam drzwi od danego pokoju i wracałam tam po dłuższym czasie, mając nadzieję, że współlokator już się gdzieś przemieścił.
Jednak karaluchy to nie wszystko. Tropiki nierozerwalnie wiążą się z komarami.
Nie zliczę ile ukąszeń pojawiło się na moim ciele przez te trzy lata. A ponieważ nasza krew była zdecydowanie inna niż lokalna, to byliśmy dla nich bardzo łakomym kąskiem. Na początku używaliśmy repelentów, świec zapachowych i nie otwieraliśmy okien. Po jakimś czasie jednak zaczęliśmy rozumieć, że to raczej my jesteśmy gościem w domu komara, niż on w naszym. Człowiek się drapie, ale żyje.
Kolejnymi współlokatorami były mrówki. Duże lub małe, ale zawsze głodne. Były wszędzie. W kuchni, w łazience, na patio, w każdej szafce. Walczyliśmy z nimi uparcie, ale ostatecznie również się poddaliśmy i pogodziliśmy z tym, że wyjadają nam nie tylko cukier, ale skubią też mydło w kostce o zapachu ogórka… Co ciekawe, karaluchy zeżarły nam korkowe podstawki pod szklanki.

2. Tropikalnymi chorobami
W żadnym poradniku o idealnym życiu nie znalazłam wzmianki o tym, że po wyprowadzce na rajską wyspę będę narażona na choroby, o których nawet nie słyszałam (jak np. chikungunya). Na Jamajce występują zazwyczaj dwa poważne rzuty rocznie, a choroby przenoszone są przez komary… więc życzę powodzenia z próbą uniknięcia ukąszeń.
W trakcie trzech lat, w których tam mieszkaliśmy, na wyspie panowały zika, chikungunya malaria i denge. W ostatnim roku zachorowań było tak dużo (łącznie z przypadkami śmiertelnymi), że rząd zdecydował się na ogłoszenie epidemii. Ale prawda jest taka, że niewiele można zrobić, żeby się chronić, bo komary są po prostu wszędzie. Jedyne co pozostaje, to liczyć na łut szczęścia, który w przypadku zachorowania, zdecydowanie będzie potrzebny (patrz kolejny punkt).

3. Usługami medycznymi
A raczej ich brakiem. Musicie wiedzieć, że tropikalne wyspy, poza pięknymi hotelami i bajecznymi (zazwyczaj prywatnymi) plażami są odizolowane, a co za tym idzie słabo rozwinięte. A to znaczy, że infrastruktura oraz usługi są na dość podstawowym poziomie. Szpitale są słabo wyposażone, trudno jest o specjalistów, a leki są często przechowywane w nieodpowiednich warunkach (na podłodze, w kartonach w 35 stopniowym upale). Warunki sanitarne, jakie panują w placówkach medycznych, byłyby całkowicie nieakceptowalne w Europie. Tak więc, jeśli zdarzy się coś poważnego, twoje szanse na wyleczenie są zdecydowanie niższe niż w jakimkolwiek kraju rozwiniętym. Daniel Craig po skręceniu kostki na jamajskiej plaży został od razu przetransportowany samolotem do szpitala w Miami. Inni nie mają tyle szczęścia.

4. Huraganami i innymi anomaliami
Nie ma miejsc idealnych i również w raju zdarzają się przykre rzeczy. Każdego roku mamy więc porę deszczową (czasem bardzo uciążliwą, z ulewnymi deszczami trwającymi przez kilka miesięcy), mamy porę huraganów, które mogą zniszczyć znaczną część wyspy (jak stało się z Jamajką w ….. I sąsiednim Haiti w …….) no i mamy porę epidemii chorób tropikalnych. Nie zapominajmy też o trzęsieniach ziemi. Jamajka leży bowiem w obszarze aktywnym sejsmicznie i trzęsienia nawiedzają ją dość często.

5. Trudnością w dostępie do zwykłych produktów
Małe wyspy mają tak małe rynki zbytu, że nie są atrakcyjnym kąskiem dla większości firm produkcyjnych czy handlowych. A to oznacza, że wybór produktów (żywności, chemii gospodarczej, ubrań, kosmetyków, sprzętu AGD) jest bardzo ograniczony. Amazon również nie ma dostaw na Jamajkę, a łańcuch dostaw pozostawia wiele życzenia, więc może się zdarzyć, że na wyspie nie będzie mleka przez 3 tygodnie, bo nie zostało zamówione na czas.
Koniec końców uczysz się żyć z ciągłym poczuciem tęsknoty za produktami, które w domu były absolutną podstawą (jak na przykład ser biały, który w ogóle nie jest dostępny na Jamajce).

6. Wysokimi kosztami życia
Wydawałoby się, że mały, słabo rozwinięty kraj powinien być tani. Nic bardziej mylnego. Jeśli chce się utrzymać europejski poziom życia, trzeba nastawić się na bardzo duże wydatki. Domy i mieszkania w dobrych (a więc bezpiecznych) dzielnicach kosztują tyle, co w Miami czy innych światowych metropoliach. Energia elektryczna (importowana, gdyż wyspa sama jej nie wytwarza) jest ekstremalnie droga, a oprócz światła potrzebna jest jeszcze klimatyzacja, żeby jakoś funkcjonować (zwłaszcza w okresie letnim, gdzie temperatury sięgają 45 stopni). Woda pitna jest droga, jedzenie w większości jest importowane staje się dobrem luksusowym. Zawsze dziwiło mnie to, że kraj z tak niesamowicie bujną naturą wytwarza tak mało żywności. Ale produktów lokalnych jest dosłownie kilkanaście (marchewka, pomidory, lemonki i kilka innych) i są bardzo sezonowe. Każdy inny produkt od ziemniaków po ser żółty musi zostać na wyspę przywieziony, co doliczając transport i cło czyni go naprawdę drogim. Zdziwilibyście się ile mogą kosztować zwykłe płatki kukurydziane (o ile uda wam się je dostać).

7. Rzeczywistością bycia ekspatą
Jak widzicie codzienność na tropikalnej wyspie to nie leżenie w hamaku i popijanie drinka. Życie na Jamajce nie równa się z pobytem w hotelu, gdzie wszystko mamy podane pod nos. Choć w raju, to jednak wciąż trzeba płacić rachunki (nie, nie ma bankowości internetowej i trzeba iść do kasy i odstać swoje w kolejce, żeby zapłacić za prąd czy wodę), robić zakupy, pranie, naprawić samochód (a może to zając i 5 miesięcy, przecież części trzeba sprowadzić). Ot, takie proste codzienne rzeczy, które w kraju słabo rozwiniętym niejednokrotnie stają się wyzwaniem, zabierają dużo więcej czasu i kosztują dużo więcej pieniędzy. Jesteśmy zupełnie obcy i zwłaszcza na początku nie mamy nawet do kogo zwrócić się o radę. Dostosowanie się do nowych realiów, walka z biurokracją i regułami, których nie znamy i nie rozumiemy sprawia, że zwłaszcza na początku, to życie w raju może nam się wydawać koszmarem.

8. Prawdziwym życiem
Tym, co najbardziej zszokowało mnie po przyjeździe na Jamajkę, była bieda. Niby wiedziałam, że to nie jest kraj rozwinięty, że życie tam jest inne od tego w Europie. Nie spodziewałam się zobaczyć samych plaż i czystych ulic jak z broszur najlepszych hoteli. Ale zdecydowanie nie byłam przygotowana na to, w jakich warunkach żyją niektórzy ludzie. Te widoki wywołują w człowieku głębokie poczucie niesprawiedliwości i bezsilności. Wtedy naprawdę można zdać sobie sprawę, jak dużo zależy od miejsca, w którym przyszło nam się urodzić i żyć. Bo z niektórych kręgów nie sposób się wyrwać.
Widok hord bezpańskich i skrajnie wygłodzonych psów również łamie serce.

9. Różnicami kulturowymi
To jest jedna z rzeczy, na którą nie można się przygotować, bo nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jak bardzo zachowania ludzi mogą różnić się od naszych.
Dla mnie najtrudniejszą rzeczą było przyzwyczajenie się do wyspiarskiego tempa i poczucia czasu. Wszystko na Jamajce dzieje się wolno, od spraw urzędowych po obsługę w barze. Nikt się nie spieszy, wszyscy mają czas. Kiedyś jedna (przesympatyczna) kelnerka powiedziała mi śmiejąc się w głos, że brak poczucia upływającego czasu to cecha narodowa Jamajczyków. I coś w tym jest. Zdarzało nam się czekać na posiłek w barze 3 godziny, albo na hydraulika 3 dni (przyszedł w piątek zamiast we wtorek).
Obsługa klienta (poza hotelami) pozostawia również wiele do życzenia. Brak dzień dobry czy dziękuję lub wywracanie oczami przy prośbie o kolejny napój to standard.
Jestem jednak pewna, że my również nie raz wprawiliśmy Jamajczyków w zdziwienie naszym zachowaniem (np. zmywaniem naczyń w ciepłej wodzie).

10. Dojmującą tęsknotą za domem
Niestety większość rajskich wysp znajduje się dość daleko od Polski. Co czyni podróżowanie nie tylko długim i męczącym ale również bardzo drogim. A to z kolei powoduje, że nie możemy odwiedzać domu tak często jakbyśmy chcieli. Bardzo szybko zaczynamy tęsknić za małymi rzeczami dnia codziennego (jak twaróg na śniadanie lub możliwość pójścia do parku na spacer albo na zakupy w Ikei). I zdajemy sobie sprawę, że to właśnie te małe drobiazgi, których zupełnie nie dostrzegamy, sprawiają, że nasze życie jest (było) fajne. I nagle te proste rzeczy okazują się nieosiągalne.
Jednak przede wszystkim tęsknimy za ludźmi. Za rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy jak rozdzierająca serce może być rozmowa telefoniczna w święta, gdzie wszystko w nas chciałoby się znaleźć po drugiej stronie globu przy wigilijnym stole. Żyjąc tak daleko ominie nas wiele urodzin, ślubów, ale też nie dane nam będzie pożegnać się po raz ostatni z niektórymi osobami.

Zdaję sobie sprawę, że wizja, jaką własnie przed wami roztoczyłam, nie jest zbyt zachęcająca. Tak jednak wygląda rzeczywistość, kiedy żyje się na tropikalnej wyspie.

Ale pamiętajcie, że każdy medal ma dwie strony. Oprócz wyzwań, są też piękne chwile, miejsca i doświadczenia. I choć życie na Jamajce było dla mnie bardzo trudne, to tęsknię za nią, jak za żadnym innym miejscem na ziemi. Zdecydowanie zostawiłam tam swoje serce.
Prawda jest taka, że po czasie adaptacji człowiek buduje sobie nową rzeczywistość. Znajduje nowe małe rzeczy dnia codziennego, docenia to, co w danym miejscu jest piękne i nawiązuje nowe przyjaźnie, które przy odrobinie szczęścia przekształcą się w głębokie relacje na całe życie.

4 komentarze

  1. Niestety to prawda, nie doceniamy/docenialiśmy małych udogodnień które mieliśmy, jeśli nie ma możliwości np pójść bezpiecznie na spacer czujemy sie bezsilni…

  2. Aga, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… Macie dużo szczęścia, prowadząc takie życie. Jednak nie wszystko jest takie kolorowe, jak nam się wydaje. Fajnie jest czytać i słuchać Twoich opowieści o tych nowych miejscach, krajach, ludziach i ich kulturze, ale również o ich zmaganiach z rzeczywistością. Mamy dużo szczęścia, że urodziliśmy się w Europie. Możemy narzekać na nasz kraj, ale prawda jest taka, że każdy kraj ma swoje problemy i po dłuższym pobycie dostrzegamy również wady, a nie tylko zalety mieszkania w danym miejscu. Czekam teraz na opowieści z Norwegii, co Cię tam zaskakuje każdego dnia? Powodzenia

  3. Aga, super blog! Czekam na więcej 😊 czytając Twój wpis o życiu na tropikalnej wyspie wydawałoby się logiczne, że miejsce tak daleko położone od Polski może i powinno zaskoczyć swoją innością i odmiennością. My mieszkamy ponad 11 lat we Włoszech i uwierz, tutaj też można poczuć się jak w innym świecie! Wszechogarniająca biurokracja, kompletne niezrozumienie reguł innego państwa przez włoskich urzędników (pierwszy z brzegu przykład: próbowałam Córkę zameldować 8!!! razy, w urzędzie nie byli w stanie pojąć dlaczego ja i dziecko mamy to samo nazwisko po mężu, no bo we Włoszech i owszem, dziecko ma nazwisko po tacie ale żona zachowuje swoje), brak zrozumienia odmienności codziennego rytmu dnia przez naszych sąsiadów czy znajomych (nie są w stanie pojąć np. że my na śniadanie jemy kanapki a nie cornetto i cappuccino i obiad o 12 to dla nas zbyt wcześnie, jemy go o 15 czy pozniej). Może to dziwne co napisze ale Włosi są bardzo zaściankowi, uznają, że to co made in Italy jest najlepsze, żadna kultura, potrawa czy ideologia nie równa się z ich tradycja czy codziennością. Dotyczy to również języka, gdy tutaj przyjechalam znalam dobrze angielski ale spotkałam tylko 5 osób, które były w stanie coś zrozumieć po angielsku. Włosi są bardzo zamknięci na świat jako naród. Mam wrażenie, że to iż dorastalismy z mezem w Polsce spowodowało, że mamy o wiele większe ogólne pojęcie o świecie niż niejeden Włoch.
    A co do braku „artykułów podstawowych” to po przyjeździe tutaj (mieszkamy w dużym mieście) okazało się, że brakuje mi „do życia” 54 produktów z Polski 😂😂😂 w tym twarogu, kwaśne śmietany, buraków, korzenia pietruszki, koperku, kaszy gryczanej, pasztetu, śledzi, Maggi czy proszku Wizir 🥰 dzięki Bogu, pogoda i włoska serdeczność wynagradza wiele niedogodnosci i po takim czasie nauczyliśmy się żyć tutaj szczęśliwie i spokojnie 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *